Za co lubię „Emily w Paryżu”

„Emily in Paris” to przyjemny 10 odcinkowy serial o pewnej Amerykance, która leci do Francji robić karierę. Co mnie zawsze zadziwia. Bohaterki amerykańskich seriali są bogate, ambitne. Zawsze mają już pewien status i narzekają, że są samotne. Nasza bohaterka ma faceta i nieważne, że traktuje Go jak śmiecia. Usprawiedliwia ich fakt, że podążają innymi drogami.

Lilly Collins, córka słynnego Phila jet urocza. Może nie jest jakąś pięknością ale jest serdeczna , ciepła i miła. Emily ma pracę mrzeń. Jest specjalistą ds. marketingu w znanej agencji reklamowej i pryjeżdza do innej Agencji, nieco staroświeckiej. Poznaje tam Sylvie i już mamy skojarzenia ze słynnym Diabłem co ubiera się u Prady. Co mnie zawsze zadziwia główne bohaterki są na tyle atrakcyjne , że faceci się w nich zakochują. Po jakimś czasie zdobywa przjaciół i mi przypomina się mój Erasmus w Belgii. Niestety realne historie nie są tak urocze ale studenci Erasmusa z USA mieli dużo pieniedzy zawsze.

Przyznam, że bardzo miło spędzało mi się z Emily czas. Z jej gafami, przgodami we Francji. To serial bardzo terapeutyczny. Zawiera wszelkie aspekt dobrej komedii z odpowiednią nutą goryczy jakiej bohaterka doznaje.

Mamy w serialu konflikt interesów. Bogata przyjaciółka Camille to dziewczyna Gabriela. Same wiecie. Ja z moją przyjaciółką Martą jakoś zawsze zakochiwałyśmy się w innych facetach ale takie historie się zdarzają. Dziś ludzie nie mają problemów z „odbijaniem” sobie facetów/ dziewczyn. Sama Emily osłodzi nam dzień, zabierze głupie myśli bo wejdziemy do dziwnego świata gdzie okrutna Sylvie w sumie nie ma złych intencji i czy rzeczywiście jest wrogiem Emily?

Podobno Francuzi mają żal za to jak bardzo źle są w tym filmie pokazani

un peu de distance

Reklamy

Dodaj komentarz